Arsenał broni

w Koty

Kiedy mam w domu maluchy, moim absolutnie najukochańszym zajęciem jest ich… dokarmianie. Gdy jest tak, że kocia mama ma bar pełny, a mleko ciepłe i bez kożucha – to trochę jestem zawiedziona. Niby wszystko super, niby cacy lala, a jednak czegoś mi wtedy uporczywie brakuje.arsenal1 Kocham, kocham absolutnie cudowną możliwość karmienia moich bambaryłek, upijania ich mlekiem do braku tchu, do pełnych, ciepłych i okrągłych brzusiów, do spływania tegoż po pyszczkach, do czkawki z przejedzenia i beknięcia – cichego i małego – jak małe są kocie noworodki. Wzrusza mnie to. Czasem do łez. Patrzę na te mikro łapki, z dnia na dzień cięższe o ułamki gramów, dłuższe o ułamki milimetrów, obserwuję jak uczą się chwytać butlę, coraz to mocniej i bardziej łapczywie, jak dotykają moich dłoni, jak przebierają w powietrzu, jak synchronizują się z drżeniem ogonka i uszu w czasie jedzenia…

Zanim kocięta się jeszcze wyklują, w kuchennej szafeczce mam już cały arsenał broni wszelakiej – od buteleczek, smoczków arsenal2począwszy, podgrzewacza, bydlęcej siary, poprzez wszelkiej maści i autoramentu strzykawki, kroplomierze różnych gatunków, a tym razem i dętkę rowerową. No i oczywiście mleko, obowiązkowo ze trzy, cztery gatunki, wedle preferencji maluchów. I wszystko to służy moim podłym celom – opijaniu niewinnych istotek. I ma to dalsze konsekwencje – oktany mleka przekładają się na pewną relację miedzy nami – a nazywa się ona zwyczajnie i po prostu MIŁOŚCIĄ. One zaczynają kochać mnie, a ja je. I tak zostaje już na zawsze.

Wkrótce więcej zdjęć bąków z miotu I pojawi się tutaj – klik.

Na fotkach obok skromna część arsenału i mały opilec, phi! Zapewniam, żyje! Tylko się nabęckał…