Lunch time

Lunch time

w Koty przez

Jakiś czas temu zadzwonił do nas kolega ze szkolnej ławy Najlepszego-z-Mężów, nazwijmy go roboczo Zet. Zet dzwonił koło południa z pytaniem czy umówimy się z nim na lunch, czyli …

lunch time.

Lunch time

Zaproszenie wydało nam się tak abstrakcyjne i jednocześnie śmieszne /bo my nie dość, że wsioki zdeklarowane, z Myślenic, z Dolnego Przedmieścia, to jeszcze śniadania jadamy koło 15.00/. Niemniej propozycja lunchu była tak miła i niemalże wielkomiejska, a jednocześnie towarzysko kusząca, że powiedzieliśmy tak. „Tak, ale to ty, drogi Zet, wpadnij na lunch do nas.”

Jak na gospodynię przystało, szybko zlustrowałam lodówkę, by znaleźć coś szybkiego w wykonaniu /lunch o 13.00/, a jednocześnie choć odrobinę atrakcyjnego. Nie chciałam serwować kiełbasy z cebulą, foie gras nie zdążyłabym zrobić, a cremu brulee z serka mascapone z dodatkiem żurawiny akurat nieszczęśliwie zabrakło. Wybór padł na krem z pieczarek z grzankami – lekkie, więc na lunch ok, szybkie do zrobienia, a i garść grzybków, pardon – pieczarek, znalazła się w lodówce.

Lunch timeNo i Zet przyjechał punktualnie, przywitał się szarmancko jak zawsze, swój bajerancki motór zostawił pod naszą bramą i wszedł. Osaczyły go koty. Był zaskoczony, bo widział je pierwszy raz i zadeklarował od razu inteligentnie, że on należy do miłośników … psów, czyli mówiąc krótko – koty to raczej nie.

No i zasiedliśmy przy naszym kuchennym stole, sercu naszego domu, wciągając spokojnie krem z pieczarek i gadając.Najlepszy-z-Mężów wspominał czasy paleo, kiedy to razem z Zet chodzili do jednej licealnej klasy. Panowie zaśmiewali się do rozpuku co się ze mną wtedy działo /oboje są starsi ode mnie o 17 lat/, obstawiając ile pieluch dziennie nosiłam, czy umiałam już chodzić, mówić i czy stałam z mamą w kolejce po papier toaletowy.

Zet siedział w ten sposób, że kilka metrów przed nim były kuchenne meble i zlew. Zlew u Augustyńskich jest zawsze pusty, bo brudne naczynia lądują od razu w zmywarce, inaczej  doczepią się do nich bengalskiej glonojady i gotowe pożreć razem z zastawą i sztućcami.

No i gadamy, Zet wziął łyżkę z kremem pieczarkowym w usta i nagle widzę, że jego wzrok wędruje w stronę owego zlewu. A co tam się dzieje? Kocur czarny, jednooki /nie będę tu z szacunku wymieniać jego imienia, żebyś się, drogi czytelniku, od razu nie zorientował kogo mam na myśli/ wskakuje do zlewu, kuca po kociemu i swoja małą sikawkę kieruje wprost do kuchennego odpływu i wylewa doń całą zawartość kociej miski, która jego organizm przetworzył na siuśki – czytaj – wszedł baran do zlewu i się wylał. Zet dalej z tą łyżką w gębie, widzi to, ale milczy. Ja też milczę jak zaklęta, Najlepszy podobnie. Zet – arcydyplomata – przełyka co ma w ustach, udaje, że nie widzi i kontynuuje jedzenie. Opróżnia miseczkę po czym mówi, że musi już lecieć, obowiązki wzywają. Żegnamy się jak gdyby nigdy nic, po przyjacielsku, z uśmiechem.

Przez następne miesiące Zet w ogóle nie dzwoni, nie przyjeżdża, zniknął. Podejrzewamy, że jako zwolennik psów był… nazwijmy to – nieco zszokowany tą obrzydliwie kocią sceną.

Po pół roku Telefon – dzwoni Zet. Do mnie. Z pytaniem „wiesz Karolina, jest taki problem. Mam od miesiąca dwa koty i……”

PS. Triumf serca nad rozumem – nawrócony. Zet – nasz przyjaciel – kociarz.

__________________
#KocieObyczaje