Masajski wojownik

w Koty przez

Cztery miesiące z okładem temu, nasz Duduś – samiec dorodny, testosteronowy, z dziką radością i ochotą odbył kilka spotkań z Arasią /mówić językiem ulicy – przeleciał dogłębnie, mocno i po męsku/. I wcale nie raz czy dwa, bo zabawa trwała dobrych kilka dni, tak ku uciesze Araśki, jak i przede wszystkim samego zainteresowanego, ale i mnie i mojego męża. Nie wiem do końca co tak ekscytującego jest w obserwowaniu kocich kryć, ale coś jest na pewno.

dudek1My zawsze, z zapałem widzów National Geographic, oglądamy jak się sprawy mają. Mało tego, kibicujemy kocurom, pozwalamy sobie na głośne, niewybredne i często seksistowskie komentarze. I najzwyczajniej w świecie lubimy jak się TO u nas w domu dzieje. A Dudek jest obiektem miłym do takich obserwacji – bo działa w sposób zdecydowany, szowinistyczny, choć momentami stać go i na gesty romantyczne, co tym bardziej nas rozczula. Napiera na kotkę niczym masajski wojownik, z dzikimi okrzykami i przygotowaną zawczasu bronią. Drze się w niebogłosy, a przy tych dźwiękach wrzask krytej kotki brzmi jak anielski szept.

A konsekwencje? Konsekwencje są przede wszystkim dla mnie, no i dla kotki, choć ona zdecydowanie bierze to na luzie i mam wrażenie, że z lekkim przymrużeniem oka. Zawsze miesiąc po takich seks-ekscesach, w mojej sypialni powstaje miniaturowy oddział ginekologiczno-położniczy, oddział intensywnej opieki medycznej, połączony ze żłobkiem i niewielkim z zakątkiem psychiatrycznym /dla mnie/. Panie w aptece, gdzie robię przygotowawcze zakupy, przyglądają mi się podejrzanie – a ja mam przecież poród lada chwila. Bo porody to są praktycznie moje i te kociska to rodzą się mnie, Arachne jest jedynie jakimś rodzajem wmanewrowanej we wszystko surogatki, która mi w pewnych kwestiach pomaga, nic więcej. I ona to, że ma kogoś, kto za nią to wszystko opanuje, wie doskonale. I leży sobie – luz blues – mam to gdzieś…

Ze 2-3 dni przed ostatecznym rozwiązaniem kwestii ciąży Arachne śpi już w naszej sypialni – a ja nie śpię. No bo czuwam, sprawdzam, zerkam jak natręt pod jej ogon, czy aby coś już nie postanowiło wyleźć.  Pamiętacie to, co wyszło z brzucha Sigurney Weaver w Ósmym pasażerze /wiwat język polski!!/ Nostromo? Cóż, u nas sprawa wygląda nieco podobnie – jest krew, jest obślizgła maź glutopodobna  – jest niezbyt estetycznie, ale ma to jakiś taki artystyczny czy wręcz fenomenalnie boski sznyt. Poród to dla mnie moment wzruszający – bywa, że się pobeczę. Dlatego też Arachne, by uchronić kochaną ciocię od łez, zawsze stara się rodzić tak, bym ja tego nie widziała. Czyli… czuwam całą noc, dotykam, macam, głaskam, obserwuję – nic, nie rodzi. O 9.00 rano utnę sobie komarka, bo już padam, a o 10.00 budzi mnie pod kołdrą mała popierdułka lub dwie – wymyte, zadowolone, rozpełzane, rozmleczone pierwszym mlekiem.

Rodzimy!!!! Łapy mi się trzęsą, głos się trzęsie – tylko Arachne leży sobie – luz blues – mam to gdzieś… jakoś się urodzą, przecież zawsze się tak rodzą. I rzeczywiście, ma kocica rację, rodzą się tak samo, i po 2-3 razach to już praktycznie nudy /a zakątek psychiatryczny mam obok – wiem, pamiętam/. Gdy jest już po – ona pada, ja padam i śpimy tak razem, trzymamy się za łapy, między nami małe. Szczelnie zamknięta sypialnia tonie w zapachu świeżej krwi, ciepłych glutów, naszych oddechów, pierwszego mleka, ekscytacji i jeszcze czegoś pięknego, ale bardzo nieokreślonego. Uwielbiam ten zapach, z cichym kwileniem w tle. Jestem szczęśliwa – mam maluchy. Arachne jest szczęśliwa – pozbyła się maluchów. A potem, przez kolejne miesiące dzielimy się obowiązkami, czasem trochę niesprawiedliwie, ale to nie ma już żadnego znaczenia.

Są. Zaczynają biegać po domu jak masajscy wojownicy, z dzikimi okrzykami, a ja te pokrzykiwania małych peterbaldów kocham i jestem dumna, jakie piękne kocięta sobie tym razem urodziłam. A Arachne? Cóż, już w miesiąc po łypie na kocura i czaruje tyłeczkiem. Nie, moja droga, jeszcze musimy poczekać!

… Nic dwa razy się nie zdarza i dlatego z tej przyczyny,
zrodziliśmy się bez skazy i pomrzemy bez rutyny…