Metoda alternatywna

w Koty

Jeden z moich kotów zaniemógł – rozkaszlał się, rozkichał, puścił 10 pawi i padł niemocny. I pojawił się odwieczny problem – jak podać kotu tabletkę? Prosta sprawa. Biorę kota pod pachę, owinąwszy uprzednio ręcznikiem kąpielowym /plażowy w zasadzie byłby bezpieczniejszy, ale nie mam/. Drugą ręką rozwieram szczęki kota, trzecią umieszczam pigułkę głęboko w gardełku, potem zaciskam pysio, a czwartą ręką łaskoczę po gardle, aż usłyszę charakterystyczny odgłos połykania. I tyle. Podane.

pizdus5O słodka naiwności!! Niedoczekanie moje! Chciałabym!
Połknął – paw – oddał na powrót.

Za drugim podejściem kot potrafi już wyczuć nawet molekuły leku, którego zapach poznał, z ogromnych odległości. Jak otwieram szafkę, w której lek jest schowany, to chory – czołgając się ostatkiem sił, oddala się czym prędzej w nieznane mi miejsce, mówiąc w skrócie – z n i k a. Dla bezpieczeństwa uciekają też zdrowe koty – bo nigdy nic nie wiadomo.

Zatem postanowiłam zastosować metodę alternatywną – jak doradził mi uczony portal weterynaryjny – który w nadziei na odkrycie skutecznego sposobu przeszukiwałam. Tym sposobem jest  zmieszanie leku z masłem i rozsmarowanie na łapce /w nadziei, że kot to zliże/. Nie bądźmy dziećmi, kotu, który woli pizdus6umrzeć z głodu, niż zjeść pigułkę, masło na łapie nie przeszkadza wcale, a wcale. Wiem, spróbowałam. Skończyło się to upapranym stołem, tłustym blatem w kuchni, śladami na oknie, ścianach i suficie /bo kotów, w przeciwieństwie do ludzi, grawitacja omija szerokim łukiem/.

W ostateczności, trafił się przypadkiem jakiś głupszy kot, połasił się na masło  i zlizał – bara bum, mamy drugiego pawia! I po sprawie – chory tabletki nie zjadł, a ten co zjadł, oddał natychmiast i z nawiązką śniadania!

Generalnie paw jest osobnym tematem na wpis blogowy, nie wiem nawet czy nie na książkę dla miłośników kotów. Ilość technik, styli, sposobów oddawania, behawior stada obserwującego pawie, interakcje tropiących pawie – poezja! Paw zjedzony, paw połknięty, rozniesiony na łapach, wsiąknięty w kanapę – miliony sposobów, miliony zachowań. Kocia fantazja w tym zakresie jest nieograniczona. Ale zostawmy pawie…

Po pawiu – bez względu na zastosowaną technikę, mój kot, z pochodzeniem lepszym niż królowa Wiktoria, udaje się na stronę w celu oddania się intymnym ablucjom, czyli mówiąc prostacko  – wymyciu się po pawiu. Higiena – dziesiątki, albo i setki minut poświęcone na mycie łap, uszu, łebków, znowu łap, ogona, łap i łap, na przemian z tyłkiem, a na oczach skończywszy. Kocie rozumienie higieny jest dość mętne. Generalnie koty uważa się za czyste stworzenia. Ale co jest, do diabła, higienicznego w myciu się własną śliną??

Kwestia do przemyślenia, tymczasem zaganiam pawie i idę po ogrodowe rękawice. Czas podać pigułkę!