Persona Non Grata

w Koty przez

Historia stara jak suchar, no ale że sezon ogórkowy trwa w Bella Bitis w najlepsze, to wspominam stare czasy. Uśmiech nie schodzi mi z gęby, a jad ścieka po szyi.

personaJakieś sto lat temu przyjechała do nas do domu z wizytą pewna antypatyczna, niemiła, pyskata i brudna Persona Non Grata. No ale że wizyta była zapowiedziana, nic nie dało się już robić – trzeba było toto jakoś ugościć. Zanim gość pojawił się w naszym progu, przeprowadziłam z moimi kotami bardzo poważną rozmowę i powiedziałam im, że kocham je nad życie i nade wszystko błagam, by od Persony Non Graty /sic!/ trzymały się daleko jak diabeł od święconej wody. Persona Non Grata znana była z tego, że zwierząt nie akceptowała, no ale jak znam życie, oddałaby wiele, by moje kociska w końcu zobaczyć, wymacać, wyoglądać na dziesiątą stronę i od wewnątrz również, a potem opowiadać zbulwersowanym i równie paskudnym koleżankom jakie te okropne, mało urodziwe bestie z tych kotów i jakie to ja – chora umysłowo bądź szalona – nieprzyzwoite kwoty pieniędzy na nie wydaję /och, gdyby wiedziała tylko, ile wydaję naprawdę…/

No i ja prawiłam przed tą niemiłą wizytą moim kotom mądrości o lojalności, zapewniałam o swojej dozgonnej miłości, przyjaźni, błagałam i skomlałam, że mają być daleko od Persony, jak diabeł od święconej… A one patrzyły na mnie mało przenikliwymi oczami znudzonych niedzielnym popołudniem przy kominku, nażartych do granic możliwości i szczęśliwych do nieprzytomności, rozpuszczonych jak dziadowskie bicze kotów…

Wiedziałam, że nic z tego nie będzie. I jak potwora tylko przekroczy nasze nieskromne progi, to ją oblezą, obskoczą, będą się tulić, tarzać, przymilać, mruczeć podstępnie i łasić jak tanie sprzedawczyki, które za trzy głaski oddadzą duszę, ogon i ostatnią miskę żarcia…, a ja będę wściekła, rozczarowana i zdradzona.

No i przyjechała Persona Non Grata, oczy jej z orbit chciały wyleźć z ciekawości jak żyjemy, gdzie mieszkamy, co jemy, w czym śpimy no i wreszcie gdzie są te słynne w całej wsi, paskudne, obleśne i łyse kociska….

A kociska, drodzy Państwo, moje najukochańsze, najlepsze na świecie koty, były schowały się niecnie gdzieś za piecem i żaden /słowienie: zero!/ nosa nie wyściubił poza miejsce swojej kryjówki.

Pogadała, pokrzyczała, nie zobaczył ni pół kota i …. szczęśliwie pojechała, gdzie pieprz rośnie. A ja się niemal ze szczęścia nie posikałam, jednocześnie pękając z dumy /widok bezcenny/.

Kocham nad życie te moje ogony! Za lojalność, której się nigdy nie spodziewałam. Za serce jak dzwon katedralny. Za łeb jak sklep. Za całokształt. No kocham te koty moje!

I siedzę teraz przy komputerze, piszę, uśmiech nie schodzi mi z gęby, a jad ścieka po szyi. Dziś mam urodziny, więc myślę tylko o najmilszych rzeczach w życiu.

A za moment pójdę spać i usnę snem sprawiedliwych.

PS I jeszcze na koniec jedna malusia historia – krótka, tym razem świeżutka… jak….. Posłuchajcie zresztą sami…
Świat puścił dziś do mnie oko. A zaczęło się od tego, że Najlepszy-z-Mężów znalazł w naszym ogrodzie, starusieńką, zniszczoną podkowę. I biegnie do mnie ze swoim skarbem w dłoni, gęba mu się chichra, a tu nagle …. ups…. psi urobek – wielki, dorodny, błyszczący wśród trawy wykwitł mu tuż przed stopą… no i nie było wyjścia. Wlazł Najlepszy w psią kupę. I biegnie dalej do mnie, z gówienkiem przyklejonym do buta: Karolku, Karolku, znalazłem podkowę!!!

I jak się tu nie cieszyć!!! Dobrego dnia!!