Kot składa się z materii, antymaterii i fanaberii

Skąd się biorą peterbaldy

Skąd się biorą peterbaldy

w Koty przez

Prędkości światła nie da się zobaczyć.
Miłości nie da się zmierzyć.
Pomysłowość nie ma ograniczeń.
A świadomość nie jest materialna.
Dlatego… wszechświat wypluł z siebie peterbaldy.

…czyli skąd się biorą peterbaldy?

Najpierwsze peterbaldy wyszły z wnętrza świata, z jego bebechów, z rdzenia, z krwi. I były szalonym snem jakiegoś pieprzonego estety, kociarza- szaleńca, który zawołał do wszechświata, że chce przyjaciela idealnego.  I tak wszystko poszło, że skończyło się na łysym. Potem zaczęły się one rodzić i rodzić, wciąż od nowa i na nowo, w nowy sposób, bo nic dwa razy… Następowały zmiany wart, zmiany pokoleniowe, wszystko się kotłowało, powstawało i znikało, by znów się odrodzić.
W końcu krystalizacja osiągnęła swoje apogeum i formę. Dzieło ziściło się. Cząsteczki zagęściły się na tyle, że uczucia przybrały formę materii, która zwinęła się w kłębek, medytowała mrucząc i na śpiąco oraz miała w małej kociej dupuli cały ten trud powstawania, to mieszanie w tyglu, bąbelkowanie, stawanie się. Po prostu była, w swojej cudownej, efemerycznej i nagiej formie. W biczu długiego ogona, w skrzydłach wielkich uchów, w dziurkach mokrego nosa. W każdej brzytwie pazura, w szpikulcach wąsów, w pręgach i między pręgami. Pod włos i czasem też z włosem.

*************

Peterbaldzkie porody to dla mnie ogromne wydarzenie. Krew i łzy.  Ale już się nauczyłam – nie czekam z zegarkiem i kalendarzem w dłoni, koty bowiem lubią spontan, działanie bez planu, a najlepiej jazdę bez trzymanki, tudzież pełen hardcore. A co! Mogą, to korzystają. I absolutnie nie jest nudno i też nic dwa razy się nie zdarza. Tak, na tyle kocich nowonarodzonych dupek osnutych gęstą, wewnętrzną ektoplazmą ani jeden nie urodził się tak samo jak poprzedni. I wiecie co? Żaden kolejny tego nie zrobi tak jak jego poprzednik. To pewne. Inaczej peterbaldy nie miałyby sensu. Nie byłoby efektu wow. A to taka rasa – ekstremalna w standardzie, defaultowo.

Jeśli dokładnie wiedziałam, kiedy prawidłowo uformowane, obdarzone sercem jak dzwon i błękitną, choć czerwoną krwią maluchy mają powitać ten świat, to wywinęły inny numer. A to poród na drapaczku, a to pod kołderką w sypialni, a to w czeluściach gabinetu wet. Z nóżkami do przodu lub z oczyskami szeroko otwartymi, zdziwionymi i pełnymi rozkosznego nicnierozumienia z tego co się zadziało. Dlatego nie planuję. Jestem gotowa, ale nie czekam. Zostawiam im wolność. Jasne, że wiem kiedy to będzie. Ale kryję się z tym. I zawsze jestem zaskoczona. Ucieszona. Poryczana, rzecz jasna. Poród to bowiem chwila, gdy z niebytu staje się istnienie. Kogoś uparcie i długo nie było, potem zadziała się jakaś magia, nie do końca rozumowo pojęta, odwieczne święto życia, i bum – są, obślizgłe, pomarszczone małe kurdupelki, bambaryłki, kłębuszki-nie-puszki, czasami po raz kolejny.

Odbieranie porodu to przeżycie metafizyczne. To tak jakby cały kosmos skondensował się w jednej kropli i ta kropla spadła tuż na twoją dłoń. Kocia mama, zwykle stoicko spokojna zerka na mnie z politowaniem, ale i nie mniejszą satysfakcją – udało się bezpiecznie przyprowadzić, a potem przeprowadzić to, co nowe. To nie jest łatwe, nie jest też miłe, no ale w życiu nie chodzi o to, żeby było łatwo i miło. Jest pot, jest krew, są łzy. Na tym to polega. Trzymamy się z kocicą za łapy, ja jej, ona moją. Bywa, że mnie ugryzie – ja wtedy mówię – gryź mocniej, kochana. Dajesz czadu, ciśniesz, pchasz, przesz. Jęcz, wierć się, kręć. Łaź, zakopuj, odkopuj na powrót. Posikaj się. I wypluj z siebie. I tak się dzieje. I w ułamku sekundy kocia mama już wie co robić, jak to robić i po co. I bierze to na siebie.

Kiedyś dostałam radę, by każdego malucha powitać na świecie głębokim, mocnym pocałunkiem w…ustka. I Boże, jak ja to pokochałam. Słony w smaku, nasz pierwszy wspólny oddech. Od tej pory nic już nie jest takie samo. Wszystko się zmienia. Do gry dołączył nowy gracz, klamka zapadła, a karty zostały rozdane na nowo. Jest, wyczekany, wymodlony, wymedytowany na tysiąc sposobów mały kociak. Leży w mojej dłoni i oddycha. Wszystko zaczęło się od nowa. Duch został wcielony w materię, usadowił się wygodnie w małym ciałku i jest gotowy na doświadczanie. Wespół ze mną. We mnie i przeze mnie.

Po porodzie jestem oszołomiona dwa dni, piszę o tym na fejsie, robię sto zdjęć, dzwonię do mojej kochanej M. i smęcę mężowi /”choć, zobacz jak toto leży”, „a widziałeś te łaputy?”, „a mleko pije to jak szalone”/. Chodzę na kocim haju, najarana niemowlakami, o tym, że wciągam je nosem to już nawet pisać nie muszę, wszyscy o tym wiedzą. Doglądam te małe kocie kosmosy codziennie, coraz to bardziej zaskoczona wielością ich form, kolorów, kształtów i faktur. I tak jak nie ma dwóch identycznych porodów, tak nie ma dwóch identycznych peterbaldów. I nawet jeśli to i tak jest jedna dusza, ale pod wieloma postaciami, to wybór tych postaci jest doprawdy pełen fantazji. I można mieć pewność, że wyższe siły, mądre, sprawiedliwe i kochające maczały w tym swoje kosmiczne paluchy. Takiego efektu końcowego nie wymyśli żaden człowiek. No może szalony kociarz, ale to też siła wyższa, c’nie?

I kiedy minie pierwszy miesiąc bywania kocich cukierków na tym zafajdanym świecie, euforia opadnie, a pierwsze mleko rozleje się w efekcie działań małych łapek, znaczy to tylko tyle, że jest bardzo dobrze. Bo kocia młodość, ta najświeższa i najpierwsza polega właśnie na entropii, czyli odwiecznym dążeniu do chaosu. Jest więc słodka napierdalanka, jazda bez trzymanki, szwoleżerstwo. Trochę destrukcji, regularna demolka. Czasem i małe chamstwo się wydarzy, ale to z przypadku lub braku czasu. Słodka burda.

Bywa, że czuję się jak służąca całej bandy wściekłych gównojadów, ale potem wracam do pionu i przypominam sobie, że ja de facto staję co dzień do służby i moim zafajdanym obowiązkiem jest te kocidła kochać, szanować i pielęgnować. I wtedy ja w pewnym sensie też staję się mamą, kocią mamą. One przyszły bowiem do mnie, na moje wołanie. I wypełniam ten obowiązek z rozkoszą, dając im tyle ile otrzymuję + trochę więcej. Potem koty odbijają mi piłeczkę i też dają trochę więcej. Tak nas niesie fala przez życie…

Poznajcie moich najmłodszych i najukochańszych przyjaciół – gówniarzy… Moja duma, chluba, wizytówka. Cukiereczki i perły przed wieprzkami. Moje kocie dzieci, w domu posiadające swoje urocze ksywki, takie jak: Euforka, Kazia Ekstazia, Elvis Bara Bum, Wiewióra, Cynamonek, Estebuś, Costek i Czarna Mamba, zwana też Lambadą.

 

 

 

Ostatnie z Koty

przekoty

Przekoty

Przekoty to krótki tekst i dużo zdjęć o pajdokracji peterbaldzkiej.
Kotopierdolnięci

Kotopierdolnięci

Kotopierdolnięci to tekst o szalonych właścicielach kotów...
Seks jak sport

Seks jak sport

Disclaimer – jeśli nie masz ukończonych 18 lat, uciekaj stąd, gówniarzu! To
Idź do Góry