O sile sugestii, siostrze szaleństwa

w Koty przez

Jednym z większych koszmarów, jaki może mnie spotkać, jest wczesne wstawanie.
Mam to niewątpliwe szczęście, że pracuję w domu, podobnie jak i Najlepszy-z-Mężów. Zegarek i kalendarz są dla nas pojęciami dość abstrakcyjnymi, a rytm wyznaczamy sobie sami, wedle uznania. Bywają dni, że chodzimy spać, gdy już świta, a wstajemy, gdy dzień w pełni. Bywają też dni, gdy jesteśmy nieco bardziej klasyczni i normalni, choć rzadko. Mamy to szczęście, że nie musimy nawet wstawać, by wyprowadzić psa na siuśki o 7.00 rano, a kociska podzielają nasze zamiłowanie do pory nocnej i spania na długie dystanse.

pizdus7W ostatni piątek jednak byłam zmuszona do załatwienia dość pilnej sprawy urzędowej i musiałam zwlec się z łóżeczka już o 9.00 rano. Wstałam dzielnie, pięknie, punktualnie i poszłam się przywitać z kotami. Przyjęły mnie dość chłodno i bez większego entuzjazmu –było nieco za wcześnie na wylewne „dzień dobry”. Ale ja nie odpuszczam tak szybko… Podeszłam, głaskam po łebkach, łapkach, dotykam ciepłych, rozespanych nosów, ściskam poduszki łap i patrzę jak śmiesznie wysuwają się ostre żyletki pazurów i na powrót wracają na swoje miejsce.

Potem podchodzę do wiatropylnej Sisi, wzruszona, bo kocia ciąża jest dla mnie czymś arcywzruszającym i ekscytującym zarazem. To czas mojej silnej bliskości z kotką – tworzy się między nami taka emocjonalna niteczka – ona wie, co będzie się działo, że będę głaskać, pocieszać, trzymać za łapę, przeć i pomiaukiwać razem z nią, a potem wyciągnę z niej mokre, brudne, małe paproszki, które po kilku chwilach okażą się być najpiękniejszymi i najsłodszymi kociakami, jakie widział ten świat. I ja będę dumna, i ona będzie dumna, a potem odsapniemy obie, ona po trudach wydania na świat swoich małych klonów, ja po trudach ich powitania. I będzie nam ciepło na sercach, miło, sielsko-anielsko. I ona się rozmleczy, a ja będę ją karmić winogronami i ptasim mleczkiem, bo kotki w połogu zasługują na wszystko, co najlepsze.

No i z tymi wszystkimi emocjami, idę ja ci w stronę Sisi, która śpi na komodzie, głaskam po brzuszku, całuję go, przytulam do swojej twarzy. Przez skórę /jej i moją/ wyczuwam ruchy maluchów – jak wiercą się tam i kręcą, nurkują w ciepłych otchłaniach mamy, wciągają maminy pokarm przez te śmieszne, wewnętrzne rureczki, które tuż po porodzie im brutalnie zabiorę i tym samym będą musiały sobie radzić same, ale życie i tak będzie piękne i nadzwyczajnie łaskawe. I mówię do nich – trochę w ramach rozpieszczania, trochę w ramach edukacji, że je kocham, że już czekam, że maja być duże i zdrowe, że ładnie mają mi chodzić do kuwety /bo na naukę nigdy za wcześnie/…

I tak się wzruszam w ten piątkowy poranek, a słońce tak pięknie świeci przez okno i świat zdaje mi się tak spokojny, cudny, wzruszający i szczęśliwy, że wielkie łzy wzruszenia, jedna za drugą, lecą mi po policzku i spadają na brzuch wiatropylnej Sisi. I głaskam ten brzusio, ściskam jeszcze mocniej – i znów czuję ruchy małych fasolek, myszopodobnych kociąt. Cisną się pod moją dłoń i każde po kolei, a jest ich kilka, daje mi do zrozumienia, że słyszy i rozumie, co mówię i że też czeka na spotkanie twarzą w twarz.

Ale nagle, ni z tego, ni z owego, wzrok mi się wyostrza na inny punkt, jeszcze nie zdążyłam obrócić głowy, nie zdjęłam jej z ciężarnego brzucha Sisi, gdy kąt mojego oka sfokusował… Sisi. Ale nie pod moją głową przytulającą jej brzuch, tylko obok, przyglądającą się z zaciekawieniem całemu spektaklowymi, który tu odgrywam, jak  tania aktorka filmu klasy C, o melodramatycznym zacięciu. Podnoszę głowę i patrzę na ten przytulany przed momentem brzuch – to nie Sisi – to Arachne, zuchwała, mała bestyjka wywaliła bebol po pieszczoty i bezczelnie, z pełną świadomością i wyrachowaniem wykorzystuje moje zaćmienie. I co pewne – żadnego załadunku w brzuchu nie ma, bo nie jest w  ciąży. To jej galopujący, poranny głód hula po brzuchu, li tylko, i udaje stadko nienarodzonych kociąt. O siło sugestii – siostro szaleństwa!

I teraz już znacie jeden z powodów, dla których przed południem raczej nie wyściubiam nosa poza sypialnię – bulgocząca woda w mózgu.

PS A na jutro szykuję nowy tekścik – tym razem o kocurku Zenku bezłapnym i 5-kociętach, słodkich myślenickich bąkach bez mamy oraz o Gosi, która ma wielkie serducho dla każdej biedy, a ja obiecałam ją jakoś wspomóc. I będę też potrzebowała Waszej pomocy. Prosta sprawa. Pomożecie?? Pomóżcie!